zdjęcie

 

Wierzyć, nie wierzyć

Na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim, a dokładniej w Lesie Parczewskim jest pewne tajemnicze miejsce, może warto o nim napisać. W sąsiedztwie jeziora kryją się rozległe bagna, gnieździ mnóstwo gadów, płazów, brzegi jeziora porastają bagienne drzewa i najróżniejsze krzewiny.
  Czarne Jeziorko - tak mówią o nim okoliczni mieszkańcy, różnie się o nim mówi. Przychodzi magiczny czas, ze spokojnego jeziora staje się nagle gwałtowne, poryw ne, dzikie, pieni się i czerwieni.
- Strachy na Lachy - mówił raz stary rybak. - Babskie gadanie, straszy, bajkach.
Wybrał się na połów ów rybak w swoje stałe miejsce. Pół dnia bezczynnie przesiedział nad wodą, a woda ani drgnęła, ani się ruszyła, w ogóle nic nie brało. Z nudów ziewnął raz i drugi, i już do domu miał wracać, gdy raptem coś znienacka za wędkę szarpnęło i zaczęło ciągnąć początkowo z wolna, a z chwilą coraz silniej i mocniej. Wędkę o but zaczepił, dla wygody tak robił, żeby rąk nie męczyć. I właśnie! - ni stąd ni zowąd tak szarpnęło raptownie, że but razem z wędką wpadł do wody.
Chwycił się biedak pobliskiej wikliny i całej siły trzymał mocno. Krzyczeć nie mógł, bo ze strachu mowę mu odjęło. Zresztą, kto by go usłyszał, ludzie przy żniwach byli zajęci i w lesie nie było nikogo widać.
Patrzy, a tu nagle woda w górę plusnęła, zakotłowała, zapieniła. Spojrzał raz i drugi, a tu coś na niego wprost płynie, i wynurzyła się z wody ogromna ryba jakiej jeszcze nie widział.
Szybko z torby wyjął zanętę i rzucił do wody.
Połknęła ryba rzucony bochen chleba, aż zgrzytnęła zębami i znikła pod wodą, jedynie kręgi po wodzie rozchodziły się szeroko.
A więc tak. Został bez buta, chleb i wędkę stracił.                                                                                                                                                                                      - Nic tu już po mnie - rzekł sam do siebie.                                                                                                                                                                                            
Uciekł szybko z tego miejsca, utykając na jedną nogę, bo w jednym bucie tak wracał. Nawet do głowy mu nie przyszło, żeby go zdjąć z nogi.
Kto o spotkał, pytał:
-
Człowieku, a gdzieżeś but zostawił, że tak jednokonkę drałujesz?
Odpowiadał:
- O wiklinę zahaczyłem i ryba go zjadła.
Uśmiali się ludziska, bo mu nikt nie wierzył.
Nie dbał o to, swoje wiedział, że kiedy woda pieni się i czerwieni, licho nie śpi.