Działo to się dawno, kiedy jeszcze Ostrów nie był miastem, wokoło rozciągały się nieprzystępne bagna i puszcze. Puszcza Parczewska łączyła się z Puszczą Kolechowicką. A na jezioro Miejskie mówiono jezioro Ostrowskie. I w tej okolicy w takim owym czasie żył pustelnik, stary był, broda sięgała mu aż pasa, a włosy bieluśkie miał jak len. Pomimo wieku był zdrowy, trzymał się prosto, nic go nie bolało. Już z rana wychodził daleko w las witając się ze światem puszczy. A mieszkał na skraju lasu, ziemiankę wydrążył w ziemi na mieszkanie, uwił wokół wierzbowy płot, co chroniło przed zawiejami i lodowatym wiatrem. Skąd pochodził nikt nie wiedział, jedni mówili, że rodzinę stracił podczas panującej zarazy, inni, że Tatarzy całe sioło spalili i tylko on jeden się uratował. Nie bał się ludzi, zresztą kto by takiego biedaka chciał skrzywdzić. Jedynym kłopotem byli chłopcy z niedalekiej osady, przychodzili na leśne jabłka, a jabłoń rosła niedaleko ziemianki. Pewnie, że jabłoń nie była jego, bo do puszczy należała, ale należałby zaznaczyć, że jabłoń była jego żywicielka, zginąłby z głodu podczas długiej zimy, zrywał jabłka, suszył, a liście brał na posłanie.

Tak naprawdę zimą w jadłospisie główne menu to suszone owoce, strzegł więc tej jabłoni jak źrenicy oka. A chłopcy z osady przychodzili i zrywali nawet niedojrzałe owoce rzucając na ziemię, a gdy staruszek upominał, to rzucali w niego. I to bardzo bolało. Razu pewnego na jesieni zaszedł do pustelnika nieznany staruszek i poprosił o nocleg.

Pustelnik przyjął go serdecznie, poczęstował plackiem upieczonym na kamieniu, a do popicia dał mu i mleko z dzikiej kozy. I tak sobie posiedzieli i porozmawiali. Wspomniał o jabłoni, i chłopcach, którzy mu szkodę robią. Raniutko, gdy słońce tylko wstało, gość wstał, i do drogi się szykował, zapytał gospodarza, czy ma jakież życzenie, a spełni je. - Pustelnikiem jestem, niewiele mi trzeba, ale proszę o radę, co robić, gdy młodzi będą szturmować jabłonkę. Staruszek uśmiechnął się, obiecał, że pomoże i odszedł, a nad jego głową taka jasność była, zauważył pustelnik owe zjawisko. Kilka dni było spokoju, aż patrzy, a na jabłoni siedzi trzech urwisów, i zrywają jabłka bez potrzeby, a jabłka były nadzwyczaj smaczne, co ugryzą kęs to rzucają na ziemię i nożykiem korę obdzierają. - No, teraz bez mojego zezwolenia nie zleziecie – zawołał głośno, chciał się przekonać o obietnicy staruszka. Oni roześmiali się i rzucali w niego jabłkami, aż go trochę poturbowali, bo jabłko uderzyło pustelnika prosto w oko, aż się zachwiał. Godziny mijały, a chłopcy nie mogli zejść z drzewa, gałęzie trzymały ich jak w kleszczach. Strach ogarnął młodych i proszą pustelnika o darowanie winy. Ale pustelnik tak nie od razu ich uwolnił, przytrzymał dla furażu, posiedzieli jeszcze na jabłoni do południa, aż wreszcie się ulitował, i powiedział: - Odkupione wasze winy, pozwalam zejść na ziemię, rozpowiedzcie swoim kompanom, by nie przychodzili, bo przetrzymam każdego na tej jabłoni aż do zimy. Chłopcy wysypali z kieszeni jabłka, jakie mieli przy sobie, ukłonili się nisko i uciekli. Kiedy okoliczni włościanie dowiedzieli się o czarodziejskiej jabłoni, moc przypisywali pustelnikowi, i zaglądali do niego prosząc o rożne porady, przynosili w zamian ździebełko masła, kobiałkę mąki, kurkę, skopek kaszy. I żył sobie pustelnik jak u Pana Boga za piecem, miał spokój, ciszę, jego menu było postne i zarazem zdrowe. Żył długo, mówiono, że dawno przekroczył lat sto.

 

Celina Rapa